Nikt nie policzył bezdomnych Polaków w stolicy Niemiec, ale wiadomo, że jest ich kilka tysięcy. Najwięcej ze wszystkich narodowości.

"W Polsce jest dziadostwo"

Miejsca, w których koczują, odwiedza co kilka dni Artur Darga - kiedyś bezdomny narkoman, dziś streetworker pracujący dla miejskiej organizacji pomocy. - Jakby naszego nie przeżył, toby nie pomagał - mówi jeden z bezdomnych, z którymi Artur spotyka się na ulicy.

- Tutaj jest łatwiej na ulicy pić, nie jest zabronione na ulicy spożywanie alkoholu, jak w Polsce. Nie muszą się nigdzie chować, głodować, jest tyle ośrodków, miejsc, gdzie można się najeść, przebrać - wylicza Artur.

Jak mówi Petra Schweiger z organizacji pomocy bezdomnym Gebewo, nie ma typowego obrazu człowieka bezdomnego, dlatego nie ma także obrazu bezdomnego Polaka. Wiadomo, że około 20. proc. osób żyjących na ulicy stanowią kobiety, pozostali to mężczyźni. Ich wiek to zwykle 30-45 lat. - Gdy bezdomnych obcokrajowców pytamy o powód, z jakiego tu się znaleźli, mówią najczęściej, że przyjechali w poszukiwaniu pracy i chcieli rozpocząć nowe życie - mówi Petra Schweiger.

Część Polaków na ulicach Niemiec rzeczywiście przyjechała tu do pracy i padła ofiarą oszustwa. O innych kluczowych powodach upadku bezdomni emigranci mówią niechętnie. To ucieczka przez wymiarem sprawiedliwości, domagającą się alimentów rodziną, a także alkoholizm. Na berlińskiej ulicy zarabiają, żebrząc pod bankomatami lub - jak Marek - zbierając kaucjowane butelki i puszki. - Od 85. roku jestem na ulicy w Polsce. Tutaj od 2013 - mówi i dodaje, że wcale z bezdomności wyjść nie chce. - Tak jest łatwiej. O pieniądze się nie martwię, bo mam - twierdzi i oprowadza po swoich rewirach: publicznej toalecie i podwórku, gdzie pod balkonem - razem z innym bezdomnym - ma ułożone legowisko. Czy dziś obaj potrafiliby żyć na ulicy w Polsce? - Nie ma takiej możliwości. W Polsce jest dziadostwo - mówi Marek.

Jedzenie, spanie, prysznic, pomoc medyczna

W każdej części olbrzymiego Berlina działają "misje", czyli noclegownie, gdzie bezdomni mogą zjeść ciepły posiłek i bezpiecznie spędzić noc. W największej, nazywanej przez bywalców "szczurownią", każdej zimowej nocy przyjmuje blisko dwieście osób.

Artur Darga oprowadza po kolei po pomieszczeniach budynku. Pierwszy jest depozyt. - Są kontrolowani, czy nie mają alkoholu, broni, czy narkotyków. Wszystkie rzeczy oddają tutaj i dostają numerek. Zanim dojdą do schroniska, mogą się napić, mogą wnieść alkoholu, ile chcą, tylko nie wolno im tu pić - mówi. Pokazuje też miejsce, do którego trafiają osoby z problemami zdrowotnymi. - Mogą parę dni tutaj zostać, nie muszą nigdzie wychodzić tak długo, aż wydobrzeją - opowiada i dodaje, że jest tam zawsze pełno ludzi.

Berlińscy bezdomni mogą liczyć na darmową pomoc medyczną - ambulans z pracującym społecznie lekarzem, pielęgniarką i mówiącą po polsku pracownicą socjalną co kilka dni odwiedza ich siedliska. Theresia Boehm, pielęgniarka i wolontariuszka Caritasu, twierdzi, że wzrost liczby bezdomnych Polaków nastąpił mniej więcej sześć-siedem lat temu. Czy nasz kraj pomaga wolontariuszom w opiece nad nimi? - Nie, nie. Czy współfinansują? Też nie - śmieją się kobiety.

W razie poważniejszych schorzeń pomocy można też szukać w darmowej przychodni na tyłach słynnego dworca ZOO, gdzie w każdy piątek do polskiej lekarki ustawiają się kolejki bezdomnych Polaków. Inka Wisławska, lekarka, która zajmuje się naszymi rodakami, mówi, że najczęściej spotyka się z ranami od bijatyk, potłuczeń po upadkach ze schodów, poparzeniami od kaloryferów, wrośniętymi paznokciami. - Wszystkie te zabiegi, których można dokonać w znieczuleniu miejscowym, jesteśmy w stanie robić - mówi. Artur Darga potwierdza, że bezdomni często się biją. - Są ludzie z Rosji, czy z Ukrainy, z Rumunii, walczą o te lepsze miejsca w Berlinie, gdzie łatwiej zdobyć pieniądze i alkohol - tłumaczy.

"Tu nie potrzeba pieniędzy, żeby przeżyć"

Adam pochodzi z Lidzbarka Warmińskiego. Zanim został bezdomnym w Berlinie, pracował przez lata w Londynie i innych angielskich miastach, kilka miesięcy spędził też w więzieniu za drobne przestępstwa. Mówi w pięciu językach i na pamięć zna mapę berlińskich jadłodajni, misji i organizacji pomocy. W świecie bezdomnych czuje się jak ryba w wodzie.

Pokazuje nam, gdzie można wziąć darmowy prysznic, po którym dostaje się nową bieliznę, a także gdzie jeździ handlować drobiazgami, które ma się na zbyciu. Jak utrzymuje, ma zamieszkanie. - Licząc te misje, raz w tym tygodniu w tej dzielnicy, potem w następnym tygodniu w tamtej dzielnicy - mówi i dodaje: - Jak pracowałem w Polsce, zarabiałem niecałe 1,5 tys. zł. Tutaj zasiłek socjalny wynosi 425 euro.

Adam, chociaż formalnie w Berlinie jest bezrobotny, to wykonuje - jak sam twierdzi - "wolny zawód". - W międzyczasie dorabiam na tłumaczeniach, jako przewodnik, pomagam ludziom w różnych rzeczach. Tu nie potrzeba pieniędzy, żeby przeżyć - uważa. Nawet na ubrania. - Pranie ubrań nie istnieje. Zawsze z misji bierzemy nowe - mówi. Dodaje też, że bardzo dobre są darmowe posiłki dla bezdomnych. - Jest jedna misja, w której w menu jest sześć dań. Można wybrać sobie rybę, wegetariańskie jedzenie, albo coś słodkiego - opisuje.

Nie zmuszają do powrotu

Jak zaznacza Petra Schweiger, Niemcy Polaków do powrotu do kraju nie zmuszają. - Oczywiście: jeśli któryś z bezdomnych chce wracać do Polski, robimy wszystko, by w tym pomóc: kontaktujemy się z ambasadą, rodziną, organizujemy transport, sprawdzamy czy taka osoba będzie miała miejsce do spania. Tyle, że oni często nie chcą wracać do ojczyzny - mówi.

Tak jak Adrian, który taką pomoc otrzymał, ale postanowił pozostać w Berlinie. - Zorganizowali mi transport do Polski, a ja mówię "ja nie chcę jechać do Polski". "Dlaczego?". "Bo w Polsce ja mam wyrok". W Polsce to cię zaraz kopią skini, debile. A tutaj tego nie ma, tu jest dobrze - mówi.

Czy mimo braku dachu nad głową, na berlińskiej ulicy wieść można - jak przekonują bezdomni - spokojne i godne życie? O tym, jak łatwo zostać ofiarą rękoczynów, przekonaliśmy się na własne oczy, gdy odwiedziliśmy Polaków koczujących na jednej ze stacji metra.

Kilkanaście dni temu, już po realizacji naszego reportażu, jeden z naszych rodaków zginął w wyniku ulicznych walk pomiędzy bezdomnymi. Do bijatyki doszło na ulicach portowego Hamburga. Jak się szacuje, Polakiem jest co trzeci bezdomny na ulicach niemieckich miast.