- Różne rzeczy spotykały mnie w szkole. Raz miałem głowę w pisuarze. Koledzy podcinali mi nogi, zaciągali mnie do toalety, potem z całej siły bili w policzki, kopali w nogi i brzuch. Nie wiem, za co, bo ja im nic nie robiłem. Zrobili ze mnie kogoś do bicia – mówi Szymon Urbaniak.

Jego szkolne problemy zaczęły się w drugiej klasie. Już wtedy chłopiec był upokarzany przez rówieśników. Wyśmiewano jego talent wokalny.

- Gdy Szymon zaśpiewał głosem innym niż wszystkie dzieci, głosem operowym, dzieci zaczęły się z niego śmiać. Nauczycielka powiedziała im, żeby tego nie robiły, bo może zobaczą Szymona za jakiś czas w telewizji. Następnego dnia, jedna dziewczynka podeszła do Szymona i powiedziała: „Ty będziesz śpiewał? Ty jesteś śmieciem. Jesteś nikim” – przywołuje Beata Urbaniak, matka Szymona.

10-latek mocno przeżył całą sytuację.

- Poczułem się niepotrzebny na świecie, nie wiedziałem, po co żyję. Dzieci mi wpierały, że jestem do niczego. Pomyślałem, że może mają rację. Myślałem, żeby przestać śpiewać. Ale bardzo lubię to robić. Śpiewanie mnie uspokaja – mówi Szymon.

Eskalacja napięć

Rodzice przenieśli chłopca do szkoły muzycznej. Jednak z powodu problemów zdrowotnych matki, Szymon powrócił do szkoły w Dusznikach. Napięcia między uczniami w klasie eskalowały. Szymon dwukrotnie miał zostać pobity.

- Jeden z kolegów podbiegł i podciął mi nogi. Przewróciłem się i uderzyłem głową o ścianę. Bardzo bolało. Dwie osoby musiały mnie podnosić – opowiada.

Świadkiem ostatniego zajścia była jedna z nauczycielek.

- To widziała katechetka. Przyjechali ratownicy i zabrali Szymona. Miał obrzęk potylicy. Zaczął wymiotować. Miał silny ból głowy. Ale panie twierdziły, że Szymon się na nic nie uskarżał – mówi matka Szymona.

„Mocne słowo agresja”

Dyrekcja uważa, że szkoła jest bezpieczna. Konflikty Szymona z rówieśnikami, postrzegane są przez pedagogów jedynie jako incydenty.

- Pani używa bardzo mocnego słowa… agresja. Dlaczego pani uważa, że to jest agresja? Jako agresję rozumiem bicie się, znęcanie się – mówi Izabela Cieślewicz, dyrektor szkoły.

Ale na przemoc w szkole żalą się także rodzice innych dzieci. Ta sama grupa agresorów, ma dokuczać również innym uczniom.

- Dzieci wyzywają mojego syna. Mówią o nim spalony ryj, podpalacz, grubas – mówi Blanka Maćkowiak.

- Ile można chodzić do pani dyrektor, żeby rozmawiała z tymi dziećmi. To się dzieje dzień w dzień. Rodzice tych dzieci nie widzą problemu – denerwuje się Maćkowiak.

Podobnie sprawę przedstawia matka innego dziecka.

- To jest wyśmiewanie się z różnych cech charakteru, osobowości, czy wyglądu. To jest przysłowiowe wzięcie za szmatę, za kurtkę i rzucenie osobą o ścianę, czy podłogę. Pedagog i dyrekcja nie znajdują środków, którymi mogliby rozwiązać bardzo dotkliwe sytuacje na terenie szkoły.

„Mój syn? Pomyłka”

Z kolei matki agresywnych uczniów, niechętnie rozmawiają o problemach swoich dzieci. Jeden z chłopców jest w trakcie terapii.

- Ale to nie jest tak, że tylko moje dziecko jest najgorsze. Agresja u niego bierze się stad, że jest chory. Bo ma zaburzenia zachowania. Jest nadpobudliwy i nie potrafi sobie poradzić z emocjami, bo w domu takiego problemu nie mam – słyszymy od jednej z matek.

- Jeżeli byłyby jakieś problemy z dzieckiem to myślę, że najpierw bym miała jakieś sygnały ze szkoły. A nie miałam. Nie byłam wzywana do szkoły. Uważam, że jest to pomyłka – mówi matka innego ucznia.

Ze względu na przemoc w szkole, Szymon ma indywidualny tok nauczania. Taką decyzję podjęli specjaliści. Zajęcia prowadzone są w domu. To dziewięć godzin lekcyjnych tygodniowo. Jednocześnie psychologowie zalecili, aby chłopiec miał kontakt z klasą oraz uczestniczył w życiu szkoły.

- Tak jest lepiej. Nie ma dzieci, które by mi dokuczały. Czuję się zdecydowanie bezpieczniej. Ale brakuje mi rówieśników. Chciałbym, żeby wszystkie problemy się skończyły. Chciałbym wrócić do bezpiecznej szkoły – mówi Szymon.

- To nie jest dobre, że Szymon podlega takiej formie nauczania, która nie daje możliwości wszechstronnego rozwoju. Z drugiej strony mamy problem z grupą agresorów. Oni doświadczają tego, że taki sposób zachowania jest skuteczny. A dziesiątki, jak nie setki dzieci, które są świadkami tego wszystkiego… czego one się uczą?  - mówi dr Aleksandra Piotrowska, psycholog.

Sprawą przemocy w szkole zajmuje się kuratorium oświaty i sąd rodzinny.