25 grudnia 2017 / 19:45

Jerzy Bralczyk: jestem sympatyczny

Wybitny językoznawca i niezmordowany popularyzator poprawnej polszczyzny, postrach wielu dziennikarzy, ale jednocześnie człowiek, którego wszyscy uwielbiamy słuchać. Jaki na co dzień jest Jerzy Bralczyk?

- Sama świadomość, że istnieje profesor Bralczyk, każe nam wyrażać się bardziej poprawnie, zwracać uwagę na to, co mówimy. Jest rodzajem takiego "odświeżacza językowego powietrza", który na dobre jest wmontowany w naszą kulturę - mówi dziennikarz Szymon Hołownia.

- Uwielbiam go. Jak jestem w jego otoczeniu, to mam wrażenie, że mi się chce żyć. Działa na mnie bardzo pobudzająco - dodaje pisarz i dziennikarz Mariusz Szczygieł.

Jerzy Bralczyk: dni wolnych tu nie widzę

- Jak on mi pokazuje swój kalendarz wyjazdów, to mnie się robi niedobrze - przyznaje prof. Jan Miodek, przyjaciel Jerzego Bralczyka. - Tak sobie myślę, że gdybym ja miał przeżyć w poniedziałek Częstochowę, we wtorek Słupsk, w środę Jelenią Górę, a w czwartek Przemyśl, nie dałbym rady, a on ciągle daje radę i przyznaje mi się, że on to bardzo, bardzo lubi - dziwi się.

Profesor Bralczyk, pomimo osiągnięcia wieku emerytalnego, bynajmniej nie zamierza przestać tłumaczyć nam zawiłości językowych. Jest członkiem Rady Języka Polskiego. Nieustannie mówi i wciąż wydaje kolejne książki. Poza zajęciami na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, chętnie bierze udział w spotkaniach, debatach i wykładach w całym kraju, które najczęściej gromadzą tłumy słuchaczy.

- Mam taki kapowniczek, w nim wszystko jest. Dni wolnych tu nie widzę właściwie - przyznaje Jerzy Bralczyk.

"Lubię być lubianym"

Skąd bierze się jego popularność? On sam nie ma wątpliwości. - Jestem sympatyczny - uważa i dodaje, że ma dwie zasady, których uczy i które stosuje wobec siebie. - Pierwsza zasada: żeby nie mówić do ludzi ani do człowieka, tylko ludziom i człowiekowi. Druga: żeby myśleć o tym, o czym się mówi, bo wtedy słowa stają się podobne do swoich znaczeń - mówi Jerzy Bralczyk.

Jak twierdzi, zawsze miał dobrą pamięć. - Uczyłem się szybko wierszy. Byłem przy tym dosyć nieśmiały. Jednocześnie jestem człowiekiem żądnym akceptacji, lubię być lubianym. Zamiast mówić różne rzeczy, w których mogłem być lepszy czy gorszy myślowo, bawiłem towarzystwo mówieniem tekstów, odtwarzaniem, recytowaniem. To mówienie publiczne wierszy wprowadziło we mnie chęć mówienia - opowiada.

Nie wiemy, ile razy profesor Jerzy Bralczyk wyznawał miłość, ale dwukrotnie powiedział "tak". Z pierwszego małżeństwa ma syna prawnika i dwie wnuczki. Z obecną żoną są wspólnie już ponad 35 lat. Lucyna Kirwil także jest naukowcem, doktorem psychologii. Oczywiście, fascynacja rozpoczęła się od... rozmowy.

- Mąż twierdzi, że ja na nim zrobiłam wrażenie. Głównie wtedy, gdy opowiadałam o czym będę mówiła na najbliższym referacie, kiedy jechaliśmy z Białegostoku do Warszawy. Opowiadałam mu wtedy o agresji i nieagresji gibonów - wspomina pani Lucyna.

- Podziwiam jej gust, jej wiedzę na różne tematy, a ten element podziwu jest konieczny. Musimy podziwiać, żeby szanować. Poza tym żona nie robi żadnych błędów językowych - podkreśla Jerzy Bralczyk.

- Nie wiem, ile jest kobiet, które słyszą wiersze. To idzie jak cytat gdzieś tam wplątany. Przyjemnie jest tego posłuchać i pomyśleć sobie: "ale mam męża!" - mówi pani Lucyna.

"Jurka nikt do krawatu nie zmusi"

Rodzina Jerzego Bralczyka pochodzi z okolic Ciechanowa. Mały Jurek miał doskonałe warunki do nauki, czytać uczył się z gazet, którymi przykrywano umytą podłogę. Szybko też rozpoczął edukację szkolną, dzięki temu, że matka była nauczycielką a ojciec kierownikiem szkoły.

Jak twierdzi Dominik Bralczyk, syn profesora, ojciec do niczego go nie przymuszał ani nie poprawiał. - Podobał mi się tembr jego głosu, lubiłem go słuchać. Opowiadał, czytał mi bardzo dużo książek - wspomina. A Jerzy Bralczyk dodaje, że to właśnie syn pomaga mu teraz w prowadzeniu "działalności zewnętrznej". - Ogarnia mi kalendarz. W domu jestem w pełni ogarnięty przez tę panią, a w pracy w znacznej mierze przez tego pana - wskazuje żonę i pana Dominika profesor.

A Lucyna Bralczyk zwraca uwagę na jedną sferę, w której nie ma na męża żadnego wpływu: ubranie. - Krawata nie miałem na sobie już 10 lat. Bardzo nie lubię tej dziwnej ozdoby - przyznaje Jerzy Bralczyk, a wszystko potwierdza Jan Miodek: - Jurka nikt do krawatu nie zmusi, tak jak nie da się pacykować w telewizji. My wszyscy idziemy do charakteryzatorni, Jurek mówi: "nie" - mówi.

Miodek kontra Bralczyk?

Jak zapewnia Jan Miodek, wbrew temu, co myślą ludzie, on i Jerzy Bralczyk nie konkurują ze sobą, ale... bardzo się lubią. - To jest jeden z najserdeczniejszych moich przyjaciół i vice versa - mówi Miodek i dodaje: - On jest liberalniejszy ode mnie. Ja czasem dawałem upust swojej złości na rodaków za takie czy inne zachowania, on wytłumaczy każde zachowanie.

A Jerzy Bralczyk przyznaje, że ludzi ocenia przede wszystkim na podstawie tego, jak mówią. Potwierdza też, że uprzedza się do nich. - Jeżeli ktoś ma artykulację, która mi się nie podoba, to bardzo będzie trudno wzbudzić w sobie sympatię do niego. Lubię też, jak ludzie dużo mówią. Pod warunkiem, że mówią tak, żeby się ich chciało jeszcze trochę posłuchać - zastrzega.

Komentarze

Dodaj komentarz do artykułu
  • Udostępnij komentarz w:
publikuj
Właśnie pojawiły się nowe () komentarze - pokaż
Forum jest aktualizowane w czasie rzeczywistym
~Gość

komentarz ukryty - pokaż

Sympatyczny to znaczy jaki ,bo dla ludzi tego pokroju to slowo nie powinno istniec ,bo nic nie znaczy,jest cocacolowo-hamburgerowe,jak dzisiejszy swiat.Wstyd profesorku!!!

  • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
      0
    • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
        1
      • zgłoś naruszenie
      Pomoc | Zasady forum
      Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.